2007-10-18, 09:00Korsyka - 16-28.10.2007

10 niezapomnianych dni.

Już przed wyjazdem wiedziałem, że nie będzie to zwykła wycieczka. Pierwszy raz jechałem tak daleko na południe. Miałem zobaczyć egzotyczną wyspę, na której urodził się Napoleon. Wycieczka organizowana przez Klub Przygody Cyklotramp z Krakowa (www.cyklotramp.com) prowadziła z północy na południe, głównie nad brzegiem lazurowego Morza Śródziemnego, ale to wcale nie oznacza, że było płasko. Tamtejsze góry schodzą wprost do morza, a w głębi wyspy są wyższe niż Tatry (najwyższy szczyt Monte Cintu 2706 m). Jednym słowem wspaniała górzysta wyspa, do uprawiania rowerowej turystyki górskiej, skąpana falami ciepłego morza. Moim zadaniem było prowadzić grupę kolarzy po najciekawszych ścieżkach. Od sklepu Fan Sport z Rzeszowa dostałem do testowania rower marki Cannondale Prophet, każdy z uczestników miał możliwość wypróbowania go w terenie.

korsyka_009_400

W czwartek, 18 października, gdy opuszczaliśmy Polskę, padał deszcz i było zimno, jednak po dotarciu do Włoskiego portu Livorno, skąd promem mieliśmy przepłynąć na wyspę, było już słonecznie i ciepło. Ponad trzy godziny na promie minęły szybko, po drodze widzieliśmy kilka mniejszych dzikich wysepek, a ja już wyobrażałem sobie zjazdy wąskimi kamienistymi ścieżkami. Bardzo byłem ciekawy, jak będzie sprawował się rower. Ze specyfikacji jasno wynika, że jest to maszyna do ostrej jazdy w terenie, do dyspozycji jest po 140 mm skoku z przodu i z tyłu, z pełną regulacją i blokadą. Napęd to sram 9.0, hamulce Avida, pozostałe komponenty FSA, waga ok. 15 kg. Klasa!

W pierwszy dzień zwiedziliśmy zabytki Bastii - miasta, do którego przypłynęliśmy promem. Zobaczyliśmy pomnik Napoleona, stary port, cytadelę, kościół. Wieczorem dojechaliśmy na kemping niedaleko miasta. Oczywiście od razu skorzystałem z okazji by wskoczyć do morza, do plaży było zaledwie kilka metrów! Następnego dnia przed godziną siódmą udałem się ponownie na plażę, by zobaczyć wschód słońca. Czegoś tak pięknego niestety nie da się opisać;)

korsyka_124_400

O godzinie 9 byliśmy już w drodze na przylądek Cap Corse (tzn. palec). Tam zrobiliśmy pętlę wzdłuż skalistego wybrzeża, szutrową drogą, później ścieżkami, gdzieniegdzie plażą. Rewelacja! A rower? Stworzony do takich tras! Na zjazdach połykał wszystko, co stanęło mu na drodze, na podjazdach dzięki możliwości różnych ustawień amortyzacji, i szerokim gumom (2.35), praktycznie nie tracił przyczepności. A ścieżki naprawdę były wymagające, czuję, że sporo skorzystałem na tym wyjeździe podciągając umiejętności techniczne, które – mam nadzieję – zaowocują w przyszłym sezonie na maratonach;)

Następnego dnia z samego rana zaczęliśmy od ostrego asfaltowego podjazdu na przełęcz o wysokości 536 metrów, ścinaliśmy przejechany dzień wcześniej cypel. W planach był bardzo ciekawy i długi etap. Z przełęczy mogliśmy zobaczyć wschodni i zachodni brzeg wyspy:O, na południe wysokie, skaliste góry, ze szczytami obsypanymi śniegiem! W dół zjechaliśmy ostro zakręconą drogą wzdłuż winnic, winogrona były już zebrane, ale znaleźliśmy jeszcze kilka mniejszych gronek, jak to jeden z uczestników powiedział, rodzynek. Nad brzegiem morza w miejscowości St Florence zwiedziliśmy port. Dalej jechaliśmy ścieżką wzdłuż wybrzeża, towarzyszył nam szum fal rozbijających się o skały. Co jakiś czas mijaliśmy śliczne zatoczki, z coraz piękniejszymi plażami i najpiękniejszymi kolorami morza. Mieliśmy ochotę wskoczyć do ciepłej wody, jednak dystans jaki mieliśmy do pokonania kazał jechać dalej. Nie zawsze było to łatwe, w niektórych miejscach rower musieliśmy przenieść:) Tempo opóźnialiśmy zresztą my sami, co chwilę zatrzymując się na pstrykanie fotek. Planowaliśmy jechać wybrzeżem aż do miejsca noclegu, jednak w połowie trasy oceniliśmy, że możemy nie zdążyć i odbiliśmy od morza szutrową drogą wiodącą przez stare opuszczone miasteczka z domami z kamienia. Szutrówka prowadziła w górę, słońce przygrzewało, a nam skończyła się woda w bidonach. Na dodatek na mapie wyczytaliśmy, że miejsce przez które jechaliśmy, Korsykańczycy nazwali pustynią… Dojechaliśmy do drogi asfaltowej, jednak żadnej miejscowości nie było widać. Na szczęście przy drodze znaleźliśmy źródełko, z którego zaczerpnęliśmy wodę i odświeżeni pojechaliśmy dalej. Na nocleg dotarliśmy tuż przed zachodem słońca, pokonaliśmy około 100 km w 10 godzin! Jednak wszystko co widzieliśmy dodawało nam takiej energii, że już mieliśmy ochotę jechać kolejny etap.

korsyka_466_400

Trzeciego dnia znów ruszyliśmy do góry, jednak tym razem techniczną ścieżką z kamieniami i uskokami. Rower radził sobie znakomicie. Trasa była bardzo wymagająca, co jakiś czas przystawałem, żeby odpocząć, ponieważ cały czas trzeba było balansować ciałem. Na górze zwiedziliśmy piękne miasteczka, znów podziwialiśmy ośnieżone szczyty. Zjechaliśmy do Calvi, większego miasta z pięknym portem, gdzie zatrzymaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Tego dnia udaliśmy się jeszcze na daleko wysunięty cypel z latarnią. Po raz kolejny brakuje mi słów, by opisać te śliczne widoki. Na nocleg dojechaliśmy dopiero po zachodzie słońca, szybko poszliśmy spać, bo w planie na kolejny dzień były nie lada atrakcje. Mieliśmy zobaczyć zwietrzałe skały, wpisane na listę UNESCO. 22 Października wyjechaliśmy jednak trochę później niż zwykle, w końcu zmęczenie dało o sobie znać. Na szczęście tego dnia mieliśmy więcej zobaczyć niż przejechać. Pogoda była nadal słoneczna, skały rzeczywiście niesamowite. Nie można było nie zatrzymać się co chwilę, by robić zdjęcia. W planie mieliśmy zobaczyć jedną z ładniejszych piaszczystych plaż i wzdłuż brzegu dojechać na nocleg. Jednak gdy dotarliśmy na plażę, wszyscy zgodnie uznaliśmy, że musimy tu zostać. Od razu wskoczyliśmy do wody pobawić się na falach, później rozłożyliśmy się na leżakach pod słomianymi parasolami… Trudno to sobie wyobrazić? Spoko, zrobiłem zdjęcia:P Na nocleg dojechaliśmy samochodem, a miejsce gdzie mieliśmy spać było równie piękne. Tuż nad plażą z widokiem na zachód słońca, bajecznie:) Na dodatek na brzegu czekała… deska surfingowa! Tego jeszcze nie próbowałem, a fale jak najbardziej nadawały się do surfowania! Co prawda nie wiedziałem jak to ugryźć i pierwsza fala zabrała mi deskę na brzeg:D Późnej zrobiłem to jak prawdziwi surferzy, przeskakując falę i kładąc się na desce brzuchem. Odważyłem się odpłynąć od brzegu, fale były naprawdę duże (2 metry!). Był już wieczór, więc miałem nadzieję, że wszystkie większe rybki poszły spać;) Kilka prób wstania skończyło się od razu w wodzie. Od windsurfingu, na którym sobie radzę, deska różni się jednak znacznie. Tu nie ma się za co złapać!:D Kolejne próby, może na jednej fali się utrzymałem, a poza tym… miazga L. Robiło się już ciemno, dałem za wygraną. Miałem trochę utrudnione zadanie, ponieważ deska była bez miecza i statecznika. Czasem obracało mnie bokiem. a to mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Przy dochodzeniu do brzegu również mnie obróciło, ale widząc ponad metrową falę przed sobą i mając jeszcze w pamięci jak rzuciło samą deską, gdy wchodziłem do wody, przycisnąłem się do niej i razem z nią wylądowałem na brzegu. Ależ to jest żywioł!

korsyka_679_400

Następnego dnia pogoda się trochę pogorszyła i przed dojazdem na nocleg złapał nas deszcz. Wcześniej zwiedziliśmy Ajjacho – miasto, w którym urodził się Napoleon. Jak co wieczór oglądaliśmy zdjęcia i obmyślaliśmy plan na kolejny dzień. Zbliżaliśmy się co raz bardziej do miasta Bonifacjio, najdalej wysuniętego na południe, co niestety oznaczało również zbliżający się koniec wycieczki. Tym razem trasa prowadziła w głąb wyspy, eukaliptusowym lasem. Widzieliśmy nawet dzikie świnie, z którymi spotkania nie należą do najprzyjemniejszych:) Częściowo jechaliśmy drogami, którymi jakieś dwa tygodnie wcześniej prowadził samochodowy rajd Korsyki, co było widać na asfaltowych agrafkach. Wieczorem dojechaliśmy do dawnego miasta Piratów – Bonifacjio. W przedostatni dzień na wyspie zwiedziliśmy to malownicze miasteczko, położone nad wysokimi klifami. Według mnie jest ono najpiękniejsze na całej Korsyce. Zrobiliśmy krótką pętlę na południowy przylądek, z którego było widać oddaloną o kilkanaście kilometrów Sardynię. Wieczorem udaliśmy się pieszo na główne uliczki miasteczka, zrobiliśmy pamiątkowe zakupy i zjedliśmy tradycyjną Korsykańską kolację. Ostatniego dnia na wyspie udaliśmy się samochodem w stronę Bastii, z której mieliśmy odpłynąć promem w kierunku Włoch. Po drodze zatrzymaliśmy się na plaży, gdzie zbieraliśmy muszelki. O 13 wjechaliśmy na prom, wszystkim było szkoda wyjeżdżać. Długo jeszcze przyglądaliśmy się znikającemu w oddali brzegowi wyspy. Na długo w pamięci zostaną te wszystkie miejsca, do których, mam nadzieję, jeszcze powrócę. Dziesięć dni to stanowczo za mało, by zobaczyć to wszystko, co Korsyka ma do zaoferowania.

Zamieszczam kilka fotek, które myślę, że pomogą Wam w wyobraźni przenieść się w tamte miejsca, jeszcze więcej zdjęć w galerii. Zapraszam wszystkich do obejrzenia zdjęć z innych, równie ciekawych wyjazdów.

dscf8365_400


Wszystkie artykuły:

Rzeszów - PP
(2010-09-26, 20:00)
Rzeszów - PP
Siedemnasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Ustroń
(2010-09-18, 20:00)
Ustroń
Szesnasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Transalp wywiad
(2010-09-17, 20:00)
Transalp wywiad
Piętnasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Jasło - finał Cyklokarpat
(2010-09-12, 20:00)
Jasło - finał Cyklokarpat
Czternasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Sabinov i Poznań
(2010-09-05, 20:00)
Sabinov i Poznań
Trzynasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Wieluń
(2010-08-30, 20:00)
Wieluń
Dwunasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Copyright © 2010 Piotr Sarna All rights reserved.