2012-06-03, 20:00Cyklokarpaty - Strzyżów - 27.05.2012

Sporo się działo od napisania pierwszego akapitu jeszcze dzień przed maratonem. Część straciła już znaczenie, reszta stała się ważniejsza. Niemniej jak i sam się już zebrałem, tak i zebrałem te krótkie teksty w całość. Ot, co się ostatnio wydarzyło…

Po powrocie z Kluszkowiec zabieram się za ogarnięcie roweru. Co ważne, na trasie nie miałem z nim żadnych problemów, wszystko było dobrze wyregulowane i działało znakomicie. Skupiłem się na ogólnym umyciu i wyczyszczeniu napędu. Wymieniłem również łańcuch. To chyba najbardziej newralgiczny element, w napędach z dwiema tarczami z przodu, który działa prawidłowo tylko jak jest mega czysty. Jeżdżę na 4 łańcuchach, dlatego zawsze w pogotowiu jest jakiś przygotowany do założenia. To wszystko zajmuje mi może z 30 min. Sprzęt gotowy do ścigania. Teraz czas na mnie. Podłączam Stefana i przeglądając wykres z Polara piszę te kilka zdań. Czuję się dobrze, nie mogę się doczekać jak rano wstanę i przyszykuję się do startu. To wszystko jest dla mnie ostatnim sprawdzianem przed Trans Germany. Chcę ocenić, na jakim poziomie mogę jechać, jak to wpłynie na moją regenerację, dlatego do wszystkiego przykładam się tak samo starannie.

Rano szybko wciągam pierwsze śniadanie i jadę się zapisać. W świeżym, chłodnym powietrzu wyczuwam smak dobrego wyścigu, tak jak było i przez trzy ostatnie lata. Noga niezamulona, super. Na miejscu startu kręci się już sporo zawodników i znajomych. Będzie ostre ściganie. Szykując się, ustalam z Asią gdzie poda mi bidony. Ruszamy punktualnie o 11:00.

img1749_400Zaczynamy od asfaltowego podjazdu, na którym wyrywa Dominik jadący Mega. Trzymam się z przodu, ale nie wychylam. Spokojnie chcę rozkręcić nogę, wiem jaki dystans mnie czeka. Pół kilometrowa ścianka, na której wyciągamy 2000 VAMu. WOW. Chłopaki rwą ile się da. Lary na 29erze ciągnie za Dominikiem, ja jadę za nim. Zero oporów, jak za autobusem:D. Skręcając w szuter idzie kolejny gaz. W lewym udzie czuję „gulę”. Myślę, to po wczorajszym szarpaniu na sztywnych ściankach i lekkich przykurczach. Muszę spokojniej rozkręcić nogę. Mam jechać z głową, to nie powinienem się teraz zaginać. Na tej trasie to może się źle skończyć. Schodzę w okolice progu i trzymam równe tempo. Kilku zawodników mnie wyprzedza, przed szczytem łapię jakąś grupkę i pierwszy z niej zaczynam zjazd. Odjeżdżam z Mirkiem i tak też zaczynamy sztywny podjazd. Asfaltowa kołyska z Arkiem, Mirek trochę został. Ależ roszady, ile osób utrzymuje się cały czas w czubie. To nie to samo co wcześniejsze lata.  Zmierzamy małymi hopkami przez pola w kierunku Kozłówka. Nie widząc strzałki przestrzeliwuję zakręt. Wyprzedza mnie Mirek z Arkiem. Spokojnie niweluję stratę na asfaltowym podjeździe w Oparówce. Jeszcze jeden ostry podjazd i zacznie się runda. Nogi się rozgrzały, a ból w udzie przeszedł. Łapię swój rytm, jedzie mi się fajnie. Sztywne ścianki na podjeździe, na których nie ma opcji, żeby się oszczędzać powodują, że udaje mi się do nich ponownie zbliżyć. Z pierwszej grupy odpadł Łopata, ale i reszta momentami była widoczna. Mówię sobie: Spokojnie, jeszcze dużo przed nami, sporo się pozmienia. Za nami również sporo ludzi. Jedną z ostatnich ścianek wszyscy podbiegają, przypominam sobie od razu o ścięgnie i idę trochę ostrożniej. Widząc oznaczenie pkt. „B” wiem, że w piątek już tutaj jechałem.

Rozpoczyna się zjazd. Widzę jadących przede mną Arka i Mirka. Analizując dalszą trasę, wiem, że będzie krótki odcinek przez pola i dłuższy podjazd w Kozłówku, gdzie czekać będzie Asia. To jedyny odcinek, żeby korzystać z jazdy w grupie. Przypuszczam, że potem już całkiem się rozerwie i każdy będzie jechał swoje. Zjazd pamiętam z piątkowej przejażdżki. Nie jest trudny, raczej szeroki z kilkoma możliwymi przejazdami. Śmigam kilka zakrętów utrzymując dystans do chłopaków. Kolejny w lewo biorę nieco szerzej mocniej dociskając rower w bandę. Słyszę brzdęk i czuję szarpnięcie rowerem, po którym zaraz następuje huk ściągniętej opony. W tym momencie jestem już na ziemi. Trochę szumi, ale szybko się zbieram. Krew kapie, albo nawet leci ciurkiem. Nos, wargi, broda, czuję, że przyłożyłem tym wszystkim w momencie, nie było nawet kiedy wyciągnąć rąk. Podnoszę rower, domyślam się, że zdarło oponę. Ale co widzę? Strzeliła szprycha i obręcz. Otumaniony zaczynam iść wzdłuż trasy, Asia będzie za chwile. Mijają mnie kolejni zawodnicy i widząc od tyłu pytają czy chcę dętkę. Hehe, dzięki, mam zawsze dwie. Podjeżdżając bliżej widzą, co się stało i chcą jakoś pomóc. Nie sposób teraz wymienić wszystkich, którym chciałbym podziękować. Na pewno Darkowi, który chciał mi dać telefon i testował mój angielski:D Dzięki wszystkim! W końcu dotarłem do punktu gdzie miałem przechwycić bidon. Asia miała być poinformowana, że mam kapcia, ale oczywiście o wszystkim już wiedziała… Spróbowałem się uśmiechnąć spuchniętymi już wargami i pakując rower do auta zakończyłem swój wyścig w Strzyżowie.

Rywalizacji, która dla mnie dopiero się rozkręcała, nie udało się doprowadzić do końca. Nie mam co teraz gdybać, jakby się potoczyła dalej. Arek jechał od początku z głową, a Łukasz ile sił parł do przodu. Podobnie było już w ubiegłym roku i myślałem, że w tym wyciągnie jakieś wnioski. W połączeniu ze znajomością trasy miałby duże szanse na zwycięstwo. Czy dobrze zrobił goniąc za Larym, to już sam musi sobie odpowiedzieć. Dużo mówi się o rozkładaniu sił, treningu na mocy itd., ale na wyścigu mam wrażenie, że wielu o tym zapomina i idzie na zapiek od startu.

dsc02906_400Wracając do mojej gleby. Oczywiście pierwsza myśl podsumowała niezrealizowanie założonego treningu. Druga - rozwaliłem karbonowe koło, na czym będę jeździł? Trzecia – obolały pojedziesz na TransGermany. Co za pech mnie prześladuje?! Odwiedzam karetkę w miasteczku zawodów, twarz zostaje przemyta, nie ma niepokoju o jakieś złamania nosa itp. Wracamy do Asi. Ból zaczyna dawać o sobie znać. Uderzyłem tylko i wyłącznie twarzą, ale naciągnęło się wszystko. Czuję ból w plecach, myślę o nerwach międzyżebrowych, z którymi już kiedyś się męczyłem. Trudno, dobrze, że nic poważniejszego. Jednak z każdą godziną ból się rozwija i koło 19 jadę na pogotowie. Po godzinie oczekiwania zostaję przyjęty. Zgłaszam ból pleców, może pękło mi żebro? Ale znów przemyto mi twarz i zrobiono RTG nosa, chociaż nie bolał przy dotyku. Plecy bolą, ale wniosek lekarza jest jeden – poobijane. Pylargina i do domu. Bardzo rzadko zdarza mi się brać lek przeciwbólowy, ale wiem, że dziś bez tego się nie obędzie. Nie mogę zasnąć. Całą noc w zasadzie przeleżałem. Poniedziałek też, choć jest poprawa. Opuchlizna schodzi. We wtorek czuję dalej ból w plecach, teraz już nie całych, tylko bardziej pod Łopatką. Czasem mnie szarpnie. Lekarz rodzinny daje mi skierowanie na prześwietlenie, robię 3 fotki RTG i że czuje się lepiej siadam na rower i ruszam na przejażdżkę. O dziwo jedzie mi się dobrze, jak na stan na jaki się oceniam. Pętelka 45 kilometrów w 1:30h. Został tydzień do Trans Germany, może jakoś  to będzie.

W środę odbieram opis zrobionych zdjęć RTG. Skolioza, Kyfoza – Ok. Ale jest coś niepokojącego: Kompresyjne złamanie Th7. Pięknie. Próbuję się dostać prywatnie do lekarza. Nie ma szans. Zaczynam odgrzebywać kontakt do Ortopedy, który przyjął mnie po wypadku w 2007 roku. Jest. Udaje mi się z nim skontaktować i w czwartek zaprasza mnie do siebie. Panie Tomaszu, bardzo dziękuję! Fuks, szczęście? – Mówię sobie - Tak miało być. Ale wcześniej też musiało się to stać?! Do czwartku opuchlizna schodzi, łatwiej jest mi już coś zjeść, ogólnie czuje się lepiej, tylko ten ból pod Łopatką. Lekarz ogląda zdjęcie i robi swoje badanie. Spokojnie, bez pośpiechu. Rozmawiamy. Na szczęście nie jest to bardzo poważne złamanie. Organizm potrzebuje teraz czasu, żeby się odbudować i wzmocnić w nadszarpniętym miejscu. Pomóc ma mi w tym gorset. Lekarz wie, że się ścigam. Ustalamy, kiedy będę mógł wznowić treningi i w jaki sposób. Czeka mnie rehabilitacja, ale nie narzekam, bo mogło być gorzej. Zapada też niestety decyzja w sprawie TransGermany. Ciężko mi się z tym pogodzić. To miał być mój i Asi wyścig. Tak dużo pomogła mi w ubiegłym roku, żeby osiągnąć wysokie miejsce i w tym chcieliśmy powalczyć o jeszcze lepsze. Niestety najbliższe dni muszę sobie darować.

 


Wszystkie artykuły:

Wesołych Świąt!
(2010-12-24, 10:00)
Wesołych Świąt!
Z okazji zbliżających się Świąt, pragnę złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia, zdrowia, szczęścia, ...
więcej
Mezzana - 10-19.12.2010
(2010-12-20, 10:00)
Mezzana - 10-19.12.2010
Ostatni tydzień spędziłem we Włoskim rejonie Val di Sole. Tam ...
więcej
Zajęcia spinning!
(2010-12-06, 20:00)
Zajęcia spinning!
Zapraszam wszystkich na spinning do Strzyżowskiego Centrum Sport, Turystyki i ...
więcej
Biegówki odpalone!
(2010-12-05, 22:00)
Biegówki odpalone!
Zima na całego! Jeszcze kilka dni temu myślałem, że pierwsze swoje ...
więcej
Aktualizacje - 5.12.2010
(2010-12-05, 10:00)
Aktualizacje - 5.12.2010
05.12.2010 Kategoria Treningi zaktualizowana. Zachęcam do przeczytania moich relacji z odbytych ...
więcej
Pierwsze plany na nadchodzący sezon
(2010-11-29, 22:00)
Pierwsze plany na nadchodzący sezon
Po podsumowaniu sezonu 2010 przyszedł czas na zastanowienie się, co ...
więcej
Copyright © 2010 Piotr Sarna All rights reserved.