2011-06-15, 20:00MarathonMan Europe 2 - Willingen - 12.06.2011

Moje przygotowania i kilka dni przed wyścigiem wyglądały następująco.

Niedziela, 12 czerwca 2011. Kilka razy przebudzałem się w nocy, to pewnie przez mały stres, który odczuwałem już od soboty wieczór. Zaplanowałem spanie do 4:55 i dopiero sygnał budzika mi o tym przypomniał. Pewnie bym jeszcze trochę pospał… Zalewam przygotowane wczoraj musli. Po konkretnej kolacji nie zamierzam dużo jeść, jeszcze pół bułki z dżemem i kawka. Cały czas spoglądam na profil wysokościowy trasy. Dłuższych podjazdów jest ponad 15, ciężki temat do zapamiętania. Dlatego mam przygotowaną listę – od którego kilometra, przez ile i od jakiej wysokości przez ile… Nie mieści się pod jednym zipkiem, dzielę na pół. Wiem, że dużo podjazdów będzie wyglądało tak, że niby już się kończą, a tu po wypłaszczeniu znowu ścianka, itd. O 6:00 zaczynam się już konkretnie zbierać. Przygotowuję bidony, pakuję wszystko do auta, bo po wyścigu musimy szybko wracać do Polski. 6:45 ruszam z pensjonatu, robię krótką rozgrzewkę przez miasto. Na starcie czekają już inne sektory, ale A1 jeszcze pusty. Jadę kawałek trasy, planuję nawet przełożenie na podjazd po rozjeździe. Lekki deszcz w nocy utwardził grunt, nie będzie się kurzyło. Czyste, jeszcze chłodne powietrze w pełni pobudza organizm. O 7:15, gdy tylko zauważyłem ruch w moim sektorze ustawiam się na starcie. Zajmuję ulubione miejsce, po prawej przy linii. Spotykam się z Tomkiem, szykującym się z całą ekipą Sportografu do pstrykania fotek. Mówi mi, w których miejscach mam się ładnie uśmiechać. Popijam w międzyczasie NOXa, zrzucam nogawki i bluzę. Rękawki sobie zostawię, najwyżej wyrzucę Asi, a jeszcze trochę chłodno. Kilka osób rozpoznaję z Trans Germany, Tomek mówi też, że część wycinaków została w Austrii. Tak minęły mi ostatnie minuty przed startem, stres ustąpił. 7:30 – ruszamy.

sportograf-18940675_lowres_640

Tempo przez miasteczko jest spokojne, ale już po kilku minutach zaczyna się podjazd, a z nim tempo rośnie. Chcę się utrzymać w czubie, ale gdy widzę, że za szybko wbijam na moje wyżyny trochę luzuję. W głowie mam świadomość, jaki dystans mnie czeka. Nie chcę popełnić błędu. Przed szczytem pozwalam sobie trochę docisnąć, bo wiem ile zostało, a warto utrzymać się w tej grupie. Na bieżąco liczę ile osób jest przede mną, w tym momencie około 20. Zaczyna się zjazd, wiem jak będzie wyglądał – dokręcam. Mijam z dwie osoby, każdy jedzie ile może, rower mocno podbija, ludziom wypadają bidony. Teraz czeka nas kilka krótkich ścianek. Wiem gdzie lepiej przejechać, dzięki czemu znów kogoś doganiam. Grupka się rozciąga, ale tak z przodu jak i z tyłu widać ciągiem kolarzy. Po 10 kilometrach jesteśmy po zjeździe, za chwilę będzie czekać Asia z bidonem. Chciałem mieć jak najlżej, by utrzymać siew pierwszej grupie. Wziąłem tylko jeden, ale o jeden za dużo. Do tej pory nie było możliwości po niego sięgnąć. Łapię drugi, chwilę zastanawiam się czy aż tyle wieźć. Jest chłodno, Asia będzie za 42 kilometry. Rozważając wylatuje na pełnym gazie stosunkowo krótki podjazd (100 m w pionie). Dopiero za chwilę zacznie się dłuższy, zdążę dojść do siebie, a dospawałem do sporej grupki. Od tego miejsca wjeżdżam na 15 kilometrów w nieznane mi tereny. Najpierw zjazd, jadę trochę bardziej zachowawczo widząc kilka osób zabierających się za wymianę kapcia. Na jednej z agrafek ktoś wpada we mnie od boku, jakoś się utrzymałem, ale dostałem w łydkę. Przez cały zjazd straciłem kilka pozycji, ale utrzymuję się w grupie.

sportograf-18934123_lowres_400Przejeżdżamy przez miasteczko i pierwszy bufet, dostrzegamy sporą grupkę przed nami i zaczynamy pracować. Czuję, że rozkręciłem się i zaczynam dodawać gazu. Ze mną zabiera się kolo na dużych kołach. Oj naprawdę dużo widzę tych rowerów, może trzeba spróbować? Na szczycie dojeżdżamy w miejsce, gdzie dwa dni wcześniej już jechałem. Wiem, że mam czas teraz coś wciągnąć, za chwilę będzie długa sekcja po singlu i nie będzie mowy o jedzeniu. Od początku wyścigu trochę czułem późno zjedzone śniadanie i niechętnie wrzucam kawałek batonika. Szybko mijają kolejne kilometry, zbliżamy się do miasteczka zawodów. Kalkulowałem około 2 godziny do rozjazdu. Jakbym tak pojechał, pewnie bym prowadził;) Asia podaje mi dwa bidony, krzyczy, że duża grupa jest kilka minut przede mną. No to ogień, miałem zrzucić rękawki, ale nie mam siły. Wąskimi serpentynami lecę do góry. Dobrze, że przejechałem sobie ten odcinek wcześniej. Wjeżdżam w 40 kilometrowy odcinek kompletnie mi nieznany. Najpierw granią po drodze wysypanej korą z drzew. Sprawdzam czy nie mam kapcia, ale to na drodze jest tak miękko. Niby prosto, ale jedziemy kilkanaście kilometrów na godzinę. Łykam już drugi magnez, ma być długi zjazd szlakiem, potem podjazd. To dobry moment. Pokonując mozolnie kolejne kilometry zaczynam się zastanawiać, dlaczego nie przejechałem tej pętli. Z drugiej strony, lepiej, że wiem, że trzecia jest bardziej lajtowa. Organizator rozsądnie do tego podszedł. Teraz jeszcze nie jesteśmy bardzo zmęczeni. Co chwilę wykrzykniki i służby medyczne, ale po kilku dniach spędzonych na góralu w terenie czuję się pewniej i wszystko pokonuję płynnie. Trochę płaskich odcinków po polach, dostrzegam za sobą pogoń. Dojeżdżając do miasteczka uznaję, że i tak mnie złapią jadąc w grupie, gdzie się podziali Ci z przodu?:P Łapię oddech i zaczynam podjazd. Inni łapią jeszcze bidony. ja od rozjazdu wiozę dwa. Dobrze, że nie ulżyłem sobie w ciężarze, bo teraz bym bidował.

sportograf-18941413_lowres_400Tempo podkręcają zawodnicy z jednego teamu. Dochodzimy kilka pojedynczych osób. Nasza grupka rośnie, nikt nie chce zostać? Chwilę się przyczajałem i liczyłem kilometry. Całość miała mieć 8 kilometrów i z 5 metrów w pionie, nie za stromo. Pod koniec próbuję docisnąć, żeby nie wjeżdżać taką grupą na zjazd. Kilka osób rzeczywiście ma już dość. Teraz do rozjazdu 8 kilometrów. W nogach już prawie 4 godziny. Trochę inaczej oszacowałem ten odcinek – jestem 30 minut później niż zapowiadałem się Asi. Na liczniku 96 kilometr, no to już nie całe 30! Dobry żart. Łapię kolejne dwa duże bidony, znów nie mam siły ściągnąć rękawków. W sumie już niedaleko. Dobrze, że Asia podeszła jeszcze wyżej, prawie do szczytu. Przeciwnicy złapali wcześniej, co podbudowało mi psychę i zaatakowałem. Dowiaduję się, że jestem koło 9 pozycji!? Kilka osób skręciło już do mety na średni dystans. Jestem bardzo zadowolony. Na podjeździe przechodzę na 8 pozycję, bo widzę, że kompan słabnie a przed nami siódmy ucieka. Teraz znam trasę do 107 kilometra. Jem ostatniego żela, za chwilę kolejna techniczna sekcja po korzeniach. Dochodzę na niej uciekiniera. Od razu atakuję, świetnie jechało mi się ten odcinek. Dobrze, że go znałem. Kolejne 10 kilometrów to zjazd i podjazd. Tutaj wczoraj trochę skróciłem oglądanie trasy i teraz nie wiem, co mnie czeka. Na dole w miasteczku oglądam się za siebie. Jednego odstawiłem to goni mnie kolejny.

sportograf-18921296_lowres_400To zawodnik Stevensa. Miał gumę. Jedziemy chwilę razem. Wiem, że do szczytu nie jest daleko, zaciągam licząc na to, że jest jeszcze zmęczony pogonią. Siadam na siodełko, słyszę, że jest za mną. Teraz już obok mnie. Oho, jest kontra. Chyba rozgniewałem byka. To teraz ja na koło, a on w pedały. Kto by pomyślał, że na 115 kilometrze jeszcze będziemy tak zaciągać. Wychodzę ponad 160 ud/min. Nie mogę odpuścić, powinienem teraz poprawić. Czekam jak siądzie, atakuję. Towarzyszy nam pilot na Krosie. Przez chwilę czuję się jak w walce o pierwsze miejsce. Wjeżdżamy w wąską ścieżkę w lesie. Mocno do góry. Teraz to on mi poprawia, a ja czuję, że nie dam rady. Dojeżdżamy do końcówki, którą już znam. Może 7 kilometrów do mety. Straciłem koło i trochę odpuściłem. Przecież i tak jest nieźle, nie nastawiałem się na taki wynik, ale trzeba walczyć o jak najmniejszą stratę do zwycięzcy. Końcówkę zna już każdy, jechaliśmy tu po pierwszej rundzie.

Ostre zjazdy do mety, wyprzedzam kilka osób, ale to jeszcze jadący krótki dystans. Wpadam na metę, 5 godzin, 15 minut, 15 sekund. No to może powinienem być 5?! I tak nie wieżę w 8 miejsce, które słyszę z głośników. Zaraz wywieszają wyniki. Pierwszy Davida Georga z 360life z RPA z czasem 4 godzin 53 minut 52 sekundy. Tylko 20 minut straty? Będą dobre punkty. Drugi jest Niemiec Markus Kaufmann z Centurion-Vaude, trzeci zawodnik TransGermany! Kolejny na mecie był Kevin Evans, również Afrykańczyk z 360life. Ja ostatecznie 7 w kategorii i 9 open. Jestem zadowolony. W głowie chodzi mi jedna myśl – Zrobiłem 123 kilometry, a do końca Salzkammergut pozostało jeszcze 90 kilometrów. Dałbym radę? Dokręcać nie będę, ale coraz poważniej myślę o tym starcie. Tym bardziej, że mocno stoję w generalce MarathonMan Europe. Nie chcę odpuścić żadnej edycji! 17 czerwca jadę do Czech. Tam będzie 105 kilometrów i 2700 w pionie, ale teren na pewno będzie cięższy. Po Willingen szybko doszedłem do siebie, jest noga. Trzeba to wykorzystać. Asi bardzo dziękuję za pomoc, mam nadzieję, że jej zastępca na najbliższych zawodach poradzi sobie równie dobrze:P Ciao!

sportograf-18942000_lowres_640


Wszystkie artykuły:

Transalp 2011 - jest trasa!
(2010-11-27, 00:35)
Transalp 2011 - jest trasa!
Transalp 2011. Zainteresowanych udziałem w najsłynniejszej etapówce na świecie – CRAFT ...
więcej
Podsumowanie sezonu 2010 - mtbnews.pl
(2010-11-24, 22:00)
Podsumowanie sezonu 2010 - mtbnews.pl
O podsumowanie mojego sezonu 2010 zostałem poproszony przez portal mtbnews.pl. ...
więcej
Podsumowanie sezonu 2010
(2010-11-24, 20:00)
Podsumowanie sezonu 2010
Czas na podsumowanie sezonu. Od ostatniego startu w sezonie minęło już ...
więcej
Obozy treningowe 2011
(2010-11-23, 20:00)
Obozy treningowe 2011
W najbliższych dniach na stronie ukażą się informacje o planowanych ...
więcej
Co robię zimą?
(2010-11-10, 20:00)
Co robię zimą?
Okres przejściowy w cale nie musi być nudny. Nieraz nawet ...
więcej
Świeradów i Karpacz - finał Bike Maraton
(2010-10-03, 20:00)
Świeradów i Karpacz - finał Bike Maraton
Osiemnasty w sezonie ’10 artykuł w Gazecie Codziennej Nowiny to ...
więcej
Copyright © 2010 Piotr Sarna All rights reserved.